sobota, 28 lipca 2018

Tańczący z Hokami. Moje Lavaredo w języku Māori. [część I]

Timata, czyli Początek.

Stare, maoryskie przysłowie, mówi: im grubsza podeszwa, tym wyżej sięga Twoja Taiaha. Jakoś w październiku, w pewnym domu w Cisnej, leżałem w łóżku po Łemko 70, rozmyślając łoc nekst. Padło, w sumie nie wiem czemu, na Dolomity (ok, już wiem czemu - bo Dolomity). Najbardziej polski z zagranicznych biegów, miał być w moim wykonaniu wjazdem z buta w świat UTWT. Pozornie to nieporozumienie większe niż wybór Richarda Czarneckiego na wiceprezesa PZPS, co naprawdę ciężko sobie wyobrazić. No ale nic, konto założone, dwa tygodnie później inne konto niemal przestało istnieć po przelewie wpisowego, a ja zacząłem poszerzać bank danych o mojej nowej zajawce. To właśnie cel jest tym, co pozwala mi wytrwać w treningu (a trening tym, co pozwala wytrwać w życiu?), więc tuż po zakończeniu sezonu 2017, czyli po Biegu Po Piwo, chwilę odpocząłem i rozpocz...rozpacz...rozp...ierdoliłem sobie nogę (i nie tylko nogę) na nocnym turnieju futsalu, organizowanym z okazji Opolskiej Doby Sportu. Cała sytuacja jest o tyle groteskowa, że na futsalowy parkiet wszedłem pierwszy raz po roku przerwy, a ten ostatni raz też skończył się kontuzją(sic!). Co więcej, to z mojej inicjatywy graliśmy na tym turnieju. Co gorsza, ch*ja tam ugraliśmy. Ale nie o tym. Koledzy z Opolskiego Centrum Fizjoterapii kolejny już raz wykorzystali Algonix, żeby postawić mnie na nogi. I postawili, chyba jakoś pod koniec roku, więc zaraz po sylwestrowym trzeźwieniu zabrałem się do pracy.



Whakaritenga, czyli Przygotowania.

Z początku trochę na pałę, choć z zachowaniem właściwej periodyzacji, truchtałem ile wlezie (5-6x w tygodniu), byle tylko się jako tako rozbiegać.


Potem dotarłem do szalonego planu, napisanego przez Pawła Grzonkę, którego z grubsza starałem się trzymać (planu, nie Pawła), słuchając jednak głównie własnego orgazmu organizmu. Po drodze kontrolnie Maraton Pieszy Przedwiośnie (matkoooooo polecam tak bardzo!) i kilka 30&40-kilometrowych treningów, w tym start w słynnym na cały świat Maratonie Opolskim i całkiem żwawa Rychlebska 30tka tuż przed Wielkim Dniem Próby. Co ciekawe, przez cały ten czas:
ANI
JEDNEGO
BC2
.

Za kształtowanie szybkości odpowiadały piramidki rytmów, problemy z żołądkiem i pociąg do piwa, czekającego w domu. Na wiosnę zaczęło się coniedzielne szczytowanie w Opawskich, co w sumie można nazwać na ten moment stałym punktem planu treningowego. Aha, no i siłka 2x w tygodniu. Jak nie siłka, to core stability w domu na dywanie + ćwiczenia mięśni głębokich na dysku sensomotorycznym. I dalej twierdzę, że jakby mnie zobaczyli trenerzy z obozów TatraRunning, to (całkiem zresztą słusznie) uznaliby mnie za niepełnosprawnego. Oprócz tego, codziennie do i z pracy, jeździłem rowerem. Z fajnych rzeczy - zacząłem sam eksperymentować z odżywkami (ale wszystko w ramach czystej gry). Na ogół bardzo udanie. Z niefajnych - cholernie mało snu, cholernie dużo nadgodzin i spowodowanej tym frustracji i napięcia, które w moim przypadku niejednokrotnie nie pozwalało wyjść na trening. No i alkoholu weekendowo nie odmawiałem, co z pewnością na dobre mojej formie nie wyszło... ale pozwalało zachować wewnętrzny spokój :P I tu ciekawostka - najlepsze czasy na Biskupiej Kopie kręciłem wtedy, kiedy po sobotniej socjalizacji nie byłem w stanie prowadzić samochodu jadącego do Pokrzywnej. Każdy organizm jest inny ;)


W ten sposób, trochę w międzyczasie chorując i istotnie zaniedbując plan na rzecz organizacji Pagóra, dobrnąłem do czerwca. Na kilka dni przed wylotem, pojechałem jeszcze w Tatry, by przetestować nowe buty i przy okazji spróbować nie zginąć pierwszy raz w życiu wdrapać się na Rysy w ramach sztafety Polska Jest Piękna.


20.06. to wszystko było już historią, oddalającą się przy akompaniamencie silnika pełnoletniej Toyoty, wiozącej nas w stronę podkrakowskich Balic. Walizki pełne, gacie pełne, pora ruszać ku przygodzie!

He Whakamatautau Nui, czyli Wielka Próba.

Po wyjściu z samolotu na płytę lotniska w Treviso, oberwałem w pysk falą gorącego powietrza. Nie był to dobry znak. Dotoczyliśmy walizki do dworca kolejowego, gdzie złapaliśmy pociąg do Belluno, skąd gustowna polska maszyna (składy dostarcza tam między innymi nasza PESA) zawiozła nas do Calalzo di Cadore.


Tam do auta zgarnął nas Miki, z którym o Bieganiu i Innych Rzeczach gadać można godzinami, a dzięki któremu nie tylko obieramy kurs na Cortinę, ale też mam w czym klepać te 120 kilometrów górskich ścieżek, o czym nieco później. Docieramy do hotelu Victoria (hehehehe) późnym wieczorem, ale jakimś cudem dostajemy jeszcze kolację.


Wigilia.
Nie bardzo mogę spać do oporu, bo nie zdążę na śniadanie. Nie bardzo mogę też jeść do oporu, bo czeka mnie krótkie rozbieganie po końcówce trasy.


Badając ostatnie kilometry Lavaredo Ultra Trail, spotykam ziomeczka, który (jeśli mu wierzyć) jest reprezentantem Słowenii w biegach górskich. Truchta się całkiem przyjemnie, rozmawia nie inaczej. Po tym rozruchu, udajemy się na Spotkanie Polaków w barze Dolomiti.


Zjawia się nas tam całkiem spora ekipa, są znajome twarze, rozmawiamy trochę o tym co czeka nas następnego dnia i dnia po tym dniu. Na końcu fotka (Nuria Picas też chciała mieć z nami zdjęcie, trudno się jej dziwić) i lecimy grupą w stronę lodowiska, gdzie mieści się biuro zawodów i expo. Wcześniej tego dnia, staję tam w baaaaaardzo dłuuuuugiej kolejce, ale ostatecznie przechodzę pozytywnie weryfikację sprzętu obowiązkowego i odbieram numer startowy.


Przy okazji robię też za statyw do kamery, bo do przepytki z ultramultilingwistycznym Mikim staje Pau Capel, a potem wspomniana wcześniej Nuria.


Wieczorem piję dużo piwa i próbuję dobrze spać. To pierwsze wychodzi mi lepiej.


Wielki Dzień Próby.
Tym razem na poranny rozruch się nie wybieram, więc obżeram się w opór i daję się omotać tej mgiełce stresu przed nieznanym. W środku dnia próbuję jeszcze coś drzemać. Idziemy na pasta party, do którego kolejka okazuje się WIELOkrotnie dłuższa, niż ta do weryfikacji zawodników (filmik tutaj, nie zaśnijcie oglądając). To jest w sumie dość wyraźny minus organizacyjny - długie kolejki do weryfikacji/wydawania numerów i na pasta party/zdawanie przepaków. Do poprawy.

Po całkiem znośnej wyżerce, idziemy jeszcze do hotelowej restauracji, gdzie piję zieloną herbatę, po czym w zaciszu hotelowego pokoju szykuję pół tony sprzętu, który pozwoli mi przeżyć najbliższą dobę. Na starcie pojawiam się jako jeden z ostatnich, toteż grzecznie ustawiam się na końcu stawki, żegnam się z Justyną i chłonę. No bo co mi pozostało?


Muza, krótka odprawa, odliczanie, POSZLI.
1608 biegaczy z całego świata w fe-no-me-nal-nym, 500-metrowym szpalerze kibiców, a wśród nich ja, kolejny raz zadający sobie ponadczasowe pytanie - co ja ku*wa tutaj robię?!

I jeszcze nigdy nie potrafiłem sobie odpowiedzieć.

Koniec czesci pierwszej, ciąg dalszy nastąpi.




sobota, 23 września 2017

Twarzą w twarz z diabłem - Kill The Devil Hill 2017

Stare, chińskie przysłowie, mówi 没有这样一个恶魔可怕,因为它们画了(nie taki diabeł straszny, jak go malują). Gówno prawda. Nie wiedzieć czemu, uległem diabelskim namowom Roberta i w miniony weekend (nie ten teraz, ten wcześniejszy) odwiedziłem Karpacz, by w pięknym stylu wygrać zawody, zgarnąć niezłą kasę i opić to 12-letnią whisky w basenie w Gołębiewskim potaplać się w lodowatej wodzie o barwie miąższu dojrzałego kiwi, wdrapać się na starą skocznię narciarską (nie, nie dla widoków), wyrzygać śniadanie i skończyć z zapaleniem oskrzeli*.

Kill The Devil Hill to bardzo specjalne zawody, organizowane od kilku lat w bardzo specjalnych okolicznościach. 50m zbiegu, 50m pływania w fosie, a potem już tylko atak szczytowy. Niby proste, nie? Ni ch#ja! Piotrek Łobodziński ukręcił tutaj kiedyś co prawda 3 minuty z groszem, ale Piotrek jest w te klocki najlepszy na planecie Ziemi, a Orlą Perć przelatuje w godzinę szesnaście, więc to tak jakbym porównywał się do wielbłąda przed startem w Oman Desert Marathon. Mimo to, powiedziałem "A". A potem przyszło kilka chłodniejszych dni i zaczęły mi się kurczyć jaja na myśl o tym, co czeka na mnie w Karkonoszach.


Pływakiem jestem żadnym, nie praktykowałem też nigdy OWS mając na nogach strój biegowy, łącznie z kierpcami. Z czasem zaczęło więc do mnie docierać, że porywam się na coś ekstremalnie nieodpowiedzialnego i nieprzemyślanego. Dzień jak co dzień :P Ale serio, bałem się tej wody jak... diabeł święconej wody? Na nieszczęście organizatorzy postanowili oswoić nas nieco z temperaturą w fosie i kazali każdemu chwilę przed startem zanurzyć się w tej kałuży po brodę. Żeby była jasność - jak latem jadę nad wodę, wchodzę do niej zwykle pół godziny, albo tylko do kolan ("bo krio dobra na łydeczki"). A tutaj trzeba było na raz, bo siara, bo kobiety też startują, bo Jankes komentuje i gołpro mnie kręci.


Nie wiem ile stopni miała ta woda w niedzielę 17.września, ale subiektywnie pozwolę sobie to zobrazować łatwiejszą do wyobrażenia deskrypcją - była kur#wsko zimna. Ale wjechałem na pełnej, chyba nawet jako pierwszy z fali (super, wygrać 50-metrowy zbieg na takich zawodach to osiągnięcie dające w szerszej perspektywie mniej więcej tyle, co trafienie jednej liczby na sześć w lotto).


Potem zaczęło się lodowate piekło - od połowy dystansu, z każdym metrem członki reagowały na polecenia mózgu w coraz bardziej zwolnionym tempie. Słabo, coraz słabiej. Miałem wrażenie, że nie posuwam się do przodu, że zaraz przestanę ruszać kończynami i po prostu pójdę na dno. W sumie to nawet nie było wrażenie, to już można było nazwać strachem. Z wody wyszedłem maksymalnie zajechany, z odłączonymi od prądu kopytami, bolącą z zimna głową, w dodatku wyprzedzony przez jedną z kobiet, także bajka!


Teraz czas na wspin. Oglądając filmiki z poprzednich edycji, zastanawiałem się dlaczego ci ludzie nie podbiegają, tylko podchodzą. W momencie w którym wyszedłem z wody (w rubryce "tętno" mogłem wtedy wpisać wysokość Sky Tower'a), podbieganie było nie do przyjęcia przez moją wyobraźnię. No ale przecież jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy ;) Zzzajebiście stroma ta skocznia! Jak już pisałem, na wyjściu z fosy odstawiła mnie jedna laska, więc trzeba było się ogarnąć. Tylko że już na tym etapie miałem ochotę wrócić do domu. No nic, ciśniem ile fabryka dała. "Aphile" nie są moją najsłabszą stroną, więc zdobywam czwartą pozycję, a niedługo później nawet trzecią, ale serce napiernicza jak magazynek w uzi i buja mną na boki lepiej niż w niektóre weekendy. Gdyby ktoś rozpiął slackline na Matterhornie i powiedział: "ej, albo tyrasz KTDH i wskakujesz na linę, albo zapijasz piwo wódką i wskakujesz na linę", więcej równowagi trzymałbym po tym drugim. Bajdełej efekt podobny, ale o tym za chwilę.


Nie odwracam się za siebie, w sumie w dupie mam to czy ktoś siedzi mi na ogonie (na dupie?). Tempo bardzo równe, choć niskie. W głowie się kręci, odcinka blisko, a prowadząca dwójka nie chce dać się dogonić. Trudno. Docieram na szczyt, dostaję medal, padam na deski i gratuluję innym. Za chwilę wpada pierwsza kobieta z naszej fali i, mówiąc wprost i brzydko, zwala się na mnie, średnio świadoma czegokolwiek. Źle się czuję (bynajmniej nie przez nią), nie umiem wstać (bynajmniej nie przez nią), a jak już wstaję - nie umiem się wyprostować (cóż, też nie przez nią). Głowa napieprza, oddechu brakuje, niedobrze i fuj. Wypadałoby zwolnić miejsce na platformie, ale co nagle to po diable ;) Jednak wolontariusze nalegają, więc opuszczam szczyt skoczni, by zaraz po zjechaniu windą na dół, pozbyć się śniadania w kilku turach. Zarzygawszy sobie medal, oddaję go Robertowi (chyba po prostu odrzuciłem go gdzieś na bok), by w skupieniu kontynuować ceremoniały. Zamieniam mokrą koszulkę na suchą bluzę klubową i wygięty jak precelek ruszam na kwaterę, uprzednio życząc powodzenia Temu, Który Mnie Na To Namówił. Oto i On (zapamiętajcie, jakby kiedyś wylądował na liście gończym):


No właśnie, niby ruszam, ale po kilku krokach kolejny wymuszony przystanek. Siadam na chodniku, by przemyśleć swoje życie (szczególnie ostatnie pół godziny), a towarzyszom podróży proponuję pójść na kwaterę beze mnie. Po dłuższym czasie zbieram się w sobie, wstaję i idę. Nawet głowa trochę odpuściła i udało się ciut wyprostować. Potem było już tylko lepiej. Przeszło. Ale nie wracam tam, nigdy. Wieczorem snujemy rozmaite wizje typu wersja bez fosy (jest taka opcja), wersja z wodą ale jak będzie cieplej, wersja z wielkim dmuchanym flamingiem, wersja z wielkim dmuchanym męskim członkiem (wstyd się przyznać, ale posiadam), wersja sztafetowa i wersja sztafetowa z czwartą zmianą, którą stanowiłby Zielu, skaczący ze spadochronem ze szczytu skoczni. Albo bez spadochronu. Umieszczam też w Wielkiej Księdze Gości rysunek Diabła, okraszony wierszykiem. Niech wiedzą.

Diabeł tkwi w szczegółach. W Karpaczu nie było szczegółów, było za to dużo diabła. Zaorałem się jak nigdy przedtem (a trochę zawodów zdążyłem już w życiu pokończyć), nie osiągając zupełnie nic, poza nowym poziomem wysiłku, którego prawdopodobnie nigdy już nie przeskoczę. Wpisowe nie było najniższe, pakiet słaby, kolejka do biura ogromna i nie chciała się skurczyć, przez co start był opóźniony o ponad godzinę. Ale każda porażka czegoś uczy, więc koniec marudzenia, wyciągamy wnioski i jeszcze ciężej trenujemy ;) Na drugi dzień wpadła Śnieżka - nogi się domagały, przyzwyczajone do nieco dłuższej orki. Poza tym mieszkać 7km od Śnieżki i nie zaliczyć Śnieżki, to tak jak mieszkać 7km od Emily Ratajkowski i nie zaliczyć... no, nieważne.


Podsumowując: nie pamiętam żebym kiedykolwiek dał z siebie tak wiele, osiągając tak niewiele (bo miejsce w 1/4 stawki jest zdecydowanie poniżej oczekiwań). To był relatywnie szybki numerek tam, gdzie Diabeł mówi dobranoc. Ale wszystkiego trzeba w życiu spróbować, szczególnie jeśli potrzeba na to mniej niż 5 minut. To wystarczający czas na zrozumienie pewnego chińskiego przysłowia: "aby poczuć się jak nowo narodzony, musisz najpierw poczuć jakbyś umierał".



Pier#olę. Nigdy więcej.


* nie było zapalenia oskrzeli, ale dobrze mi to pasowało do tamtego zdania









fot. Zielu, archiwum własne

czwartek, 3 sierpnia 2017

XXIII Setka z Hakiem - impreza z czterodniowym kacem.

Nie było kryzysów, nie było zakwasów
Nie było cierpienia wielkiego w trakcie
Nie było też gór za bardzo i lasów
A piekło zaczęło się zaraz po fakcie

Było Czterech Jeźdźców i Ketonal Forte
Była przepompownia* i błękitny domek
I pomidorowa, całkiem prima sorte
Oraz z żółtym serem kilka pysznych kromek

Byłem tam też ja, świeżo po kontuzji
Nie wziąłem jednak czołówki na wycieczkę
Pokusiłem się zatem o zarys konkluzji:
Mój blask nie wystarczy, by oświetlić ścieżkę

I tak w kolegów świetle, brnąłem przez pół nocy
By z przepaku zwinąć swoją lampkę, w końcu!
Z własnym światłem wystrzeliłem niczym pocisk z procy
By godzinę później lecieć już w full słońcu.

*tak naprawdę to nie było przepompowni



Setka z Hakiem i jej Orgowie mają w moim serduszku miejsce szczególne. To tutaj, wiele lat temu, u boku Lupy, poznałem smak ultra (wówczas jeszcze chodzonego). Poznałem ból, jakiego nie doświadczyłem nigdy przedtem. I uzależniłem się od niego na dobre.



Tegoroczna Setka nie była planowana. Kiedy z przyczyn osobistych przepadł mi start w Pucharze Świata Skyrunning Ultra, musiałem to sobie jakoś odbić "pod domem", z pełną świadomością braku formy po kontuzji. I z pełną świadomością braku świadomości własnego organizmu :D Pomyślałem sobie "kurde, fajnie by było wygrać!", a potem dowiedziałem się kto zamierza wystartować i to co sobie wcześniej pomyślałem, nagle poszło się jebać. No nic, powalczymy, będzie co ma być. Tuż przed biegiem Oli wrzuca nam jeszcze do auta Elka i Kosza, co pozwala nieskromnie i przedwcześnie (i jak się okazuje - również mylnie) sądzić, że całe podium tegorocznej Setki, jedzie na start razem.


Jak mam nie czuć sentymentu do tego rajdu, skoro przy stoliku weryfikacyjnym nie muszę się nawet przedstawiać? Zostaję znaleziony i odhaczony na liście, a Radek, szef trasy, rzuca coś w stylu "no i mamy tegorocznego zwycięzcę". HEHE. Wszędzie tak sympatycznie. Robi się jeszcze milej, kiedy wkoło zaczynają się pojawiać ludzie w pagórowych chustach i z pagórowymi plecakami. No i dużo znajomych jest, lubię to! Zapisuję się oczywiście na ostatnią możliwą godzinę wyjścia na trasę, a czas pozostały do tego momentu, wypełniam rozmowami. Stresu nie odnotowałem.


Ostatnia tura została przyśpieszona, więc tuż po 19. spora grupa mocarzy krząta się przy stoliku, przy którym Aga wpisuje godziny wyjścia na kartach startowych. W ostatniej chwili wpada Oli i wyraża podziw, że ja tak minimalistycznie odziany i osprzętowany. Odbiór i przetwarzanie podziwu odwraca moją uwagę od jakże ważnego elementu. Zapominam o czołówce. W końcu minimalistycznie osprzętowany, nie? :D Ruszamy o dziewiętnastej ileśtam, w pięknym słońcu, dość mocnym tempem. Za mocnym. Już po pierwszych kilometrach grupa się nieco rozrywa, dwóch biegaczy siada mi na ogonie i żaden z nich za bardzo nie chce dać zmiany.


Po kilkunastu kilometrach dołącza do nas Darek. Darek też nie zamierza prowadzić grupy, ale jest coś, co go od nas odróżnia. A najbardziej odróżnia go od mojego kolegi o imieniu... też na "D" i nazwisku też na "K". Darek nic nie mówi. Imponuje mi to. Potem Darek pytany o samopoczucie i nicniemówienie przyznaje, że po prostu nie chce nam marudzić, że go boli. No szacuneczek :)

I tak sobie truchtamy w sile czterech osób, zbyt szybko, ale kopytka podają, więc yolo i w ogóle. Gdzieś tak koło niepamiętamktórego kilometra (41?), dostrzegamy prowadzącą dwójkę. Doganiamy Elka i Kosza i nie wiedzieć czemu, jakieś 5km później, zostawiamy ich w tyle. Zmieniamy bieg (taka gra słów) na jeszcze wyższy, żeby odjechać ile się da. Docieramy do przepaku, gdzie zjadam trochę pomidorowej i pół kanapki z serem, smaruję pachwiny sudocremem, napełniam fla(s)ki, robię coś tam jeszcze, a Aga mówi nam, że Elek zgłosił wycof na poprzednim PK. Nie za bardzo mogę uwierzyć, ale błogosławieni ci, którzy uwierzyli, więc uwierzuję i spiżdżamy z punktu czym prędzej. Oczywiście w składzie, w jakim doń przybieżelim.


AAALEEEEE MOOOOOCCCC!!! Na wyjściu z przepaku czuję się bosko. Nic nie boli, siły są, świeżość jest, bajeczka. I mam czołówkę! :D Ale wciąż lecimy poczwórną falangą, nikt nie myśli wyrywać się przed szereg. Po chwili robi się jasno, więc czołówka przestaje być potrzebna. Skoro świt, docieramy do PK, na którym czeka na nas Magda. Spędzamy tam trochę czasu, więc na wyjściu jest na tyle zimno, że jestem zmuszony przyodziać worek na śmieci i rękawki. Ale tylko na chwilę. Potem już na dobre robi się ciepło i zaczynają się nam udzielać trudy wędrówki.

Trudy wędrówki zdają się udzielać jeszcze bardziej, kiedy (zgodnie z planem) wkraczamy na Wielką Pętlę. Rafała lekko zatyka, robi się jakoś niemrawo i trochę nam się nie chce. Na finiszu tego polnego lasso, muszę coraz śmielej namawiać do truchtu, bo proporcje zmieniają się niebezpiecznie na rzecz marszu. Prawdziwie kryzysowy okazuje się niekończący się odcinek nowo budowanej drogi. Tam też dzielimy się na dwie pary - ogarnięty niemocą Rafał zostaje z Darkiem nieco z tyłu, a ja próbuję trzymać tempo swoje i Daniela, który przyznaje, że od następnego PK to on już powolutku, bo jest strasznie zniszczony. Może i zniszczony, ale nigdy nie widziałem kogoś o tak silnym i szybkim kroku marszowym.

W końcu docieramy do Jarnołtówka i do ostatniego punktu kontrolnego na trasie. Siadam na chwilę w aucie, żeby wysypać rzeczy z butów. Nie mija minuta, a nas dogania odrodzony Rafał wraz z Darkiem! Jestem w szoku - chwilę temu na prostej drodze nie mogłem ich dostrzec, jak oni to podgonili?! Rafał teraz leci jak na ciężkich narkotykach. Ostatnie 10km, jedyny górski odcinek na trasie rajdu, a ten harpagan ciśnie po anglosaskim szlaku jak króliczek duracell :) Wyrywa się do przodu, a z kolei Daniel z Darkiem nieco zostają, bez ochoty na bieganie. Siłą rzeczy rodzi się pomysł oderwania się na samej końcówce, który próbuję zanegować, bo skoro razem lecimy taki dystans to miło by było skończyć razem. Rafał wrzuca na luz i czekamy na chłopaków. Po chwili, już całą czwórką, gubimy się na szlaku. Nasz najmocniejszy chwilowo zawodnik, ze swoim wziętym nie wiadomo skąd zapasem sił, staje się naszą sondą/dronem i lata po okolicy, bo my już średnio mobilni.


Odzyskujemy orientację i doczłapujemy smętnie ostatnie kilometry. Namawiam chłopaków do zbiorowego gwałtu na krowie truchtu, ale nic z tego. Nawet Wielki Finisz nie jest już taki wielki, bo końcówkę idziemy. Ławą, mocno, dumnie, ale idziemy. I dochodzimy, po czternastu godzinach i dziewięciu minutach wspólnej wędrówki. Szmer podziwu, gratulacje, zdjęcia, dyplomy, ale też ulga i spuszczenie emocji z łańcucha. Wychodzę z bazy zawodów, siadam doń plecami na jakimś murku, na którym w spokoju mogę się poryczeć. Rycząc, kontempluję życie i ból odparzonych, okraszonych odciskami stóp. Nie pamiętam co robiłem w oczekiwaniu na Justynę (przyjechała po mnie z Opola), ale ostatecznie zabieramy do auta jeszcze dwóch moich towarzyszy podróży i przybyłego w międzyczasie Kosza.


Po powrocie do Opola, zaczynają się dziać rzeczy, do których nie jestem przyzwyczajony. Tuż po wzięciu prysznica, rozkłada mnie gorączka i problemy natury gastrycznej. I tak w zasadzie przez cztery kolejne dni. Reakcja na zbombardowanie wysiłkiem niedotrenowanego (przez kontuzję) organizmu? Dopiero w środku kolejnego tygodnia, zacząłem przyjmować jakieś stałe pokarmy i odzyskiwać siły. Ciężki to był czas, serio. Z pozytywów - muszę przyznać, że po takim intensywnym, czterodniowym wyrzucie toksyn, wstałem z łóżka i... nie bolało mnie nic, ani trochę. Szok :) Muszę też przyznać, że Justyna opiekowała się mną przez ten czas lepiej niż oddział pielęgniarek.


XXIII Setkę z HAKIem zapamiętam na długo. Dłużej, niż trzeba było czekać na spisanie tej relacji. Kameralny, specyficzny klimat harcerskiego rajdu, trasa jak zwykle dająca w kość, opis trasy jak zwykle pozostawiający wiele do życzenia i idea, dzięki której może i nie dotarłem do mety na samodzielnym pierwszym miejscu, jednak miałem okazję spędzić ponad pół doby w doborowym towarzystwie ;) Nade wszystko z tej imprezy zapamiętam jednak ultra-kaca w postaci gorączki, odwodnienia i jelitowego końca świata. Ale co mnie nie zabije, to wzmocni (choć słaby byłem tak, że ja pierdolę). Przede mną kolejne wyzwania i próby. I jeszcze wiele odwodnień i gorączek ;) No bo przecież coś trzeba w życiu robić, nie?


http://www.movescount.com/moves/move158688642

fot. Radek Pierzga & archiwum własne

niedziela, 23 lipca 2017

DFBG 2017 - wszystkie drogi prowadzą do Londynu

Jest takie stare, chińskie przysłowie - każda porażka jest nawozem sukcesu. W "Poranku Kojota" chyba coś takiego było. Dziś krótko - kilka słów podsumowania po piątym (moim piątym i tak w ogóle piątym) Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich... czyli imprezie, z którą jestem od początku, na którą wszystkich biegaczy namawiam i bez której do tej pory nie wyobrażałem sobie biegowego lata.

Jednak pierwej wprowadzenie.

Rok 2017 jest dla mnie rokiem odpoczynku. Zaczął się od kontuzji (wzorowo wyleczonej przez chłopaków z Opolskiego Centrum Fizjoterapii), więc przepadł mi Półmaraton Warszawski i Transvulcania i w zasadzie formę trzeba było budować od zera. Po rekonwalescencji udało się wskoczyć na podium M20 w Biegu Pamięci Powstań Śląskich, a także ex-aequo z trzema innymi mocarzami otworzyć listę wyników XXIII Setki z HAKIem (połowa wpisu poświęconego temu wydarzeniu i wydarzeniom, które nastąpiły po tym wydarzeniu, od paru miesięcy czeka na wenę, tj na drugą połowę wpisu). Lato to tradycyjnie już Londyn. A nie, nie ma takiego miasta jak Londyn...

Za co tak lubię DFBG? Ano za to, że czuję się tam jak u siebie. Połowa Opolskiego Środowiska Biegowego również spędza tam weekend - startując, wolontariuszując i kibicując. Część z nich - za moimi gorącymi namowami. Znajomi spoza Opolskiego Środowiska Biegowego także nie omijają tego miejsca w swoich letnich wojażach. Sami swoi, więc i wraca się z radością.

Do pełni szczęścia przydałby się jednak sukces sportowy. A do tego potrzebne jest zwykle dobre przygotowanie i dobry dzień. Rozochocony zeszłorocznym pudłem w M20 na Złotym Maratonie, napaliłem się (nie wiedzieć czemu) na pudło na dystansie ciut dłuższym - 68km. Co do dobrego przygotowania - czasu straconego na kontuzję i jej leczenie nikt mi już nie zwróci, ale starałem się nadgonić jak tylko mogłem. Co do dyspozycji dnia - gorzej trafić, ku*wa mać, nie mogłem. Do tego mocna konkurencja i mikstura gwarantująca klęskę była gotowa ;)

Od startu całkiem spora grupa zawodników poszła naprawdę mocno, a początek jednak pod górę. No to myślę sobie - zostać za bardzo nie mogę, ale też trzeba przyoszczędzić trochę sił na końcówkę. A ci odjeżdżają... No nic, podgoniłem grupę i czaiłem się na ogonie, ale po pierwszej dyszce zaczęli wyraźnie odjeżdżać. Jednocześnie nie czułem, żebym leciał jakoś nie-za-szybko, więc niepokój mieszał się z życzeniowym "eee, pewnie zaraz zaczną się kruszyć, nie starczy im na drugą połowę".

Starczyło im.

Do punktu w 1/3 trasy jeszcze jakoś leciało. Ciężko, ale z nadzieją. Zaraz za punktem, bez kontroli śladu GPS, poszedłem w ciemno za parą, która poszła w ciemno nie wiem za czym. Po chwili odwracają się do mnie i pytają czy tędy leci trasa. No ku*rwa no. Sprawdziłem szybko track - nie leciała. Kilka minut niepotrzebnej nawigacji na azymut przez krzaczory, gałęzie, powalone drzewa i ogólny leśny bajzel, wprowadziło jednak nieco demotywacji w moje dość już zmęczone łydki. Wybiegam na ścieżkę. Chwilę później dostaję smsa z informacją, żem piąty w wiekowej. W tym samym momencie, choć niezależnie od treści smsa, ktoś przecina mi kable - nagle słabnę, robi mi się niedobrze i rząd zawodników mija mnie bez żadnego wysiłku, jakbym stał w miejscu.

Wówczas skończyło się ściganie tego dnia; walczyłem już tylko o utrzymanie truchtu. Kryzys nie mijał, trwał aż do Orłowca (tam PRZEZ CHWILĘ poczułem się normalnie), gdzie i tak już walka o lokaty nie miała sensu. Nie byłem sobą, nie czułem się dobrze, nie wiem czemu. Może za szybko zacząłem, może odwodnienie, może przewodnienie dzień wcześniej (pozdrowienia dla chłopaków z Piwoteki...

R: jeszcze jedno poproszę, małe tym razem
M: dużego i tak bym Ci już nie nalał

...i dzięki za troskę o moją dyspozycję), może za mało żeli wciągałem i paliwo gdzieś uleciało. Byłem wściekły na siebie, że nie mogę normalnie rywalizować. W sumie dalej jestem. Nogi specjalnie nie bolą, chodzę normalnie, więc jest niedosyt i duży żal, mimo ukończenia (ale wiadomo, że nie to było celem). Z pozytywów - jak zwykle świetna atmosfera, w tym roku jeszcze bardziej rodzinna niż kiedykolwiek, sukcesy znajomych biegaczy i biegaczek, kilka pagórowych chust na trasie, a do tego genialne pierogi i stoisko Piwoteki :D

Ogromne gratulacje dla Ivo, który rozjechał 240km (napisałbym "jak ruski czołg", ale ruski czołg rozpadłby się gdzieś między Kudową a Bardem, nie oszukujmy się). Nie mniej ogromne dla Pawła, za ukończenie KBLa mimo kontuzji wyleczonej za pięć dwunasta, a także dla Miśki - za wdrapanie się na podium K20 w Złotym Maratonie. Brawa również dla Agi, Damiana, Adama, Pawła, Michałów, Mateusza i pozostałych świrów, którzy zostawili na trasie litry potu, ale dopięli swego i dolecieli do mety. Supportującym pięknie dziękuję za support, a gratulującym za gratulacje - jak zwykle doceniam:)

Tendencja do wieszania sobie poprzeczki niebezpiecznie wysoko, nie oszukujmy się, bywa zgubna. Jednak nie wymagając od siebie - nie zrobimy postępów. Sukcesy, owszem, są bardzo miłe, ale niczego nie uczą (piszę jakbym odnosił sukcesy, hehe). I mógłbym tak jeszcze sypać mądrymi tezami, ale szkoda czasu - lepiej odpocząć i zabrać się do roboty, bo samo się nie nabiega.

Aaa, no i polecam Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich ;)

Ultra Trail - 68km
czas 09:03:07
miejsce OPEN 45. na 238 startujących
M20 7./19

poniedziałek, 25 lipca 2016

Z rodziną, jak w domu. Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2016.

Jest takie stare, chińskie przysłowie: 不为同一稻田输入两次 (nie wchodzi się dwa razy na to samo pole ryżowe). Jest takie pole, na które wszedłem już czwarty raz. I nie żałuję. Oto kilka jak zawsze subiektywnych słów z imprezy, którą polecam każdemu, bez względu na poziom wytrenowania, orientację seksualną, czy poziom sympatii do PiSu.

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich jest dla mnie wydarzeniem szczególnym. W sumie nie wiem czemu, tak mi się kiedyś pomyślało i trwam w tym konsekwentnie. Zaliczyłem wszystkie cztery edycje, ale dopiero na tegorocznej zebrało się tam cholernie dużo biegowych znajomych, co jeszcze bardziej umocniło mnie w przekonaniu że "jestem u siebie".

Pierwotnie chciałem wystartować na dystansie 68km, ale byłoby to moje trzecie ultra w ciągu 4 tygodni, więc ultra-debilizm zredukowałem to nieco mniejszego debilizmu i przepisałem się na maraton, mając w nogach wspomniane dwie ultra-ściganki, na których swoją drogą dostałem mocno w dupę (nie żebym nie lubił). Przed wyjazdem sprawdziłem jeszcze na enduhubie wyniki moich przyszłych rywali w kategorii M20 i z nadzieją udałem się na zwiedzanie londyńskich ścieżek. Aa nie, sorry, nie ma takiego miasta jak Londyn...


Do auta zapakował się z nami jeszcze Paweł (68km), Dominika (21km) i Adam, choć na miejscu czekała już cała masa znajomych, z których część spotkaliśmy jeszcze zanim doszliśmy do biura zawodów. Obowiązkowo musieliśmy też odwiedzić kingrunnerowych wariatów, ale Miki i Rossi zwabili tylu ciekawskich biegaczy do stoiska, że dobre 10min czekaliśmy na swoją kolej ;)

Sobota zapowiadała się dość ciepła, więc piątkowy wieczór postanowiliśmy spożytkować na zabiegi hydratacyjne. Odbijając się po drodze od bardzo wielu par drzwi, trafiliśmy w końcu do jakiegoś ośrodka rehabilitacyjnego (?) z muzyką na żywo, paskudnym piwem i barmanką mówiącą na pokale "szklaneczki". Jeśli jeszcze kiedyś tam wrócę, to tylko po to żeby zarobić na Maraton Piasków oddając się bogatym kuracjuszkom za duże pieniądze. No nic, nie ma znaczenia gdzie, ważne z kim - czas mijał przyjemnie i strasznie się cieszyłem że biegnę tylko maraton, a nie jakieś tam ultra ze startem o niehumanitarnej godzinie, fuj. W międzyczasie zupełnie przypadkowo dociera do nas Ania, oraz nieco mniej przypadkowo - Lidzia i kuzyn Dominiki. Dociera do nas też odgłos zamykanych drzwi, co było równoznaczne z odcięciem dopływu piwa. To z kolei oznaczało, że pora udać się na spoczynek przed Wielkim Dniem Próby.

Jak interpretować fakt, że prawie wszyscy znani nam opolscy biegacze postanowili spać na polu namiotowym? Czy to ja taki wygodny (po raz czwarty postanowiliśmy zainstalować się w "Szarotce"), czy z resztą coś nie tak? Budzę się w momencie w którym masa ludzi na trasie Ultra Trail próbuje sobie przypomnieć jak się nazywają i czy aby na pewno wzięli NRCtkę. Zwykle o tej porze też dymam już na szlaku którąś godzinę, ale tym razem start o 11:00, więc jestem w nieco lepszej sytuacji, bo snu więcej i w ogóle.

Wciągam kromkę chleba z pasztetem i ze trzy łyżeczki owsianki, ładuję żele i fiolki z magnezem do nowych spodenek (elastyczne kieszenie w szerokim pasie to przegenialny patent Salomona, wzorowo skopiowany w 7x tańszych gaciach Kalenji), napełniam cycka wygazowaną mineralką z domieszką niewygazowanej mineralki o smaku cytrynowym i ruszam na start.


Gdyby decydowała wartość sprzętu biegowego, prawdopodobnie nie wpuściliby mnie do strefy startu. Wszędzie standardowo roi się od ciuszków i plecaków za dużoset złotych, i choć te nie biegają, to wpływają na komfort, a ten z kolei prawdopodobnie wpływa na rezultat ;) Ja nie zabrałem plecaka ani nawet pasa, postawiłem wszystko na jedną kartę i wobec braku wymyślnego wyposażenia obowiązkowego w regulaminie, ograniczyłem się do softflaska trzymanego w łapie przez cały bieg.


Jak się później okazało, była to głupota.

Przesuwając się w tym tłumie kozaków w stronę czoła stawki (to zawsze idzie łatwiej jak stoją, niż jak biegną), docieram w końcu do VerySpecialGuest tej edycji DFBG. Tófol Castanyer to drobniutki Hiszpan, który dwa lata temu na UTMB (takie Igrzyska Olimpijskie dla ultrasów, biegnie się 170km przez trzy kraje, dymając prawie 10km w pionie) dał się obiegać tylko jednemu zawodnikowi. Szkoda że linia startu to jedyna okazja żeby stać ramię w ramię z tym małym czarodziejem z Majorki. Ale któż mi zabroni marzyć ;)

START

I tu zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy. Przede wszystkim, co jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, atmosfera wydarzenia uderza mnie już na pierwszych metrach. Kręci w nosie na całego, choć zwykle wzruszam się dopiero na ostatnich kilometrach. Druga sprawa - mam wrażenie, że ruszyliśmy strasznie wolno. Tzn mam przed sobą grupę 10-15 biegaczy, którzy nie znikają, jak to zwykle bywa, zaraz za pierwszym zakrętem, tylko kilkaset metrów lecimy stosunkowo blisko siebie, mimo że początek truchtam dość spokojnie. Dopiero wbiegając w las, tracę z oczu Tófola (wiem że to brzmi jakbym próbował się z nim ścigać; przepraszam, to niechcący), a stawka delikatnie się rozciąga. Kolejna rzecz - jak już nieco się rozbujaliśmy, podejrzanie długo cisnę naprawdę mocno i o dziwo nie puchnę po kilometrze czy dwóch, pełna kontrola, czuję się naprawdę dobrze jak na mnie. To tyle jeśli chodzi o analizę wydarzeń na pierwszych kilometrach.


No dobra, skoro już nieco się rozkręciłem, wypadałoby to ustabilizować i czasem nie zacząć gubić pozycji. Mam to szczęście, że trafiam na świetnego zająca z mojej kategorii, który słysząc na plecach mój oddech, bardzo długo trzyma solidne tempo. Około 9.km nie wyrabia na zakręcie i po drobnym uślizgu robi mi miejsce i puszcza przodem, choć próbuję być uczciwy i czekam aż się pozbiera. Chwilę później nieco zostaje, a ja (już bez zająca) docieram do pierwszego punktu. Na Przełęczy Lądeckiej spędzam jakieś 5-10 sekund, czyli tyle ile trwa uzupełnienie cycka po gwizdek i polanie karku wodą z baniaka.


Zbliżając się do szczytu Borówkowej, zaczynamy mijać coraz więcej ultrasów z dystansu 68km. Zbieg z Borówkowej jest bardzo charakterystycznym elementem trasy, który pamiętam doskonale z poprzednich startów. Jest długi, bardzo szybki i można sporo odrobić lecąc na wariata. I przy okazji spektakularnie rozpieprzyć sobie kolano, co udało mi się 2 lata temu. Jedyną wadą tego downhillu jest to... że zaraz za nim, zaczyna się prze#ebana kiepa na Jawornik! Podejście, na którym ZAWSZE do tej pory przynajmniej raz musiałem przystanąć. Tym razem jednak nie mogę sobie pozwolić na takie wygody, trzeba dymać bo daleko przede mną widzę kogoś, kogo można obiegać. A skoro już go prawie dogoniłem, to przecież nie odpuszczę tak po prostu, no nie? Szybki wspin na pieprzony Jawornik (w dodatku to jest ten Mały, na Wielki będziemy się wdrapywać za jakieś 5km) i można zacząć zbieg na punkt do Złotego Stoku. Po drodze jeszcze mała kiepka zwana Kikoł, gdzie doganiam w końcu tego twardziela. Okazuje się jeszcze lepszym zającem niż poprzedni, holuje mnie od teraz niemal już do samego Orłowca, w dodatku fajnie się gada no i nie trzeba się ścigać bo gościu jest "o krok od śmierci"... czyli w kategorii M40 :D




W Złotym Stoku, ku mojemu zaskoczeniu, zjawia się Justyna z Lidzią, ale niestety szybko załatwiam punkt i lecę dalej, niechętny do pozowania do zdjęć. Na wyjściu z punktu dochodzę zgubionego chwilę wcześniej zająca. Kilometr później doganiamy Pawła, który to dzielnie mierzy się z dystansem Siksti-Ejt. Grożę mu, że powiem trenerowi, że maszeruje zamiast biec ;) Lecimy pod górę dość mocno (jak na "pod górę") ale po kilku kilometrach coś tak jakby słabiej, tak jakby awaria. W końcu, ku*wa, przyszedł. Dawnośmy się nie widzieli.

Kryzys.

Ciężko, mega ciężko. Nogi z waty i straszna niemoc, ale idę, choć koślawo i siłą SamNieWiemCzego. Wciągam żela z kofeiną i liczę na cud, choć wiem że ostatnie kilometry były na tyle mocne, że raczej prędko nikt nas nie dogoni. Trochę podchodzę, trochę podbiegam, ale wkładam w to potwornie dużo wysiłku. Gdybym w dupie miał (za chwilę zacznę mieć w dupie, ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałem) miejsce w wiekowej, to pewnie w ogóle bym sobie siadł i przemyślał życie na nowo. Ale nie można być miętkim, więc coś tam się toczę.

Na ostatniej prostej pod górę, na szczyt Wielkiego Jawornika, doganiam najpierw jakiegoś mocarza z UT, a potem wspomnianego pacera. To cieszy, choć nogi mam wciąż słabe jak ogon śledzia po sztormie. Żeby było ciekawiej, jestem zajebiście odwodniony, no bo po co mi więcej niż pół litra na 12km górskiego maratonu w środku lipca? Jakby to powiedział Tomek Hajto - "to są właśnie te detale...".

I taki wyschnięty i bez mocy, zaczynam się staczać w dół, do Orłowca. Do upragnionego Orłowca, gdzie co roku nabieram nowych sił na ostatni, najgorszy etap. Tylko, cholera, coś pobolewa brzuch. Źle się zbiega, cały czas bardzo się męczę, choć troszkę sił wróciło po żelu. Lecimy przez chwilę we trójkę, bo dogonił nas ziomeczek w plecaku Gravela, z którym tnę się od samego startu. Ale teraz poszedł do Orłowca jak petarda, więc w myślach dodaję sobie jedną pozycję (a że z mordy był nie-aż-taki-najstarszy, to jest ryzyko, że właśnie przestawił mnie w M20).

Omatkomatkomatkooooo ORŁOWIEC!!!

Kto by pomyślał, że na jednym punkcie będą trzy podpunkty z wodą. Jeden z wodą do polewania rąk, drugi z wodą do polewania czerepu, trzeci z wodą do polewania w gardło. Korzystam z każdego, szczęśliwy jakbym korzystał z kolejnych witryn w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Ponadto wypijam potężne ilości coli, którą prawie zwracam w tej samej chwili. Na wszelki wypadek uciekam szybko z punktu, bo bojler mam niebezpiecznie nabity po takich ilościach odrdzewiacza. 

Na wyjściu mijam jeszcze kilku samobójców z dystansu 68km i marszotruchtem robię wysokość, zmierzając na ostatnie przełamanie tego dnia. Odcinek z Orłowca do Lądka jest w moim mniemaniu paskudny. Strasznie się ciągnie, a finalna asfaltowa bezdrzewna ekspozycja, w połączeniu z gwarantowanym na DFBG lipcowym "ciepełkiem", zapewniają prze*ebany termoobieg i przysmażenie mózgu na ostatniej piątce. Ale w myśl zasady: cierpienie zwalczaj... jeszcze większym cierpieniem, zaczyna się dziać ze mną coś bardzo niedobrego. I wcale nie jestem zafascynowany faktem, że spotyka mnie to pierwszy raz w życiu.

Kiedy już smutnym szutrem wdrapuję się na "szczyt" i pozostaje tylko finalny zbieg, zaczynam odczuwać ból mięśni. Coraz ostrzejszy ból mięśni przy zbieganiu, gdzieś tam w brzuchu, a niedługo później również z tyłu, przy plecach. Z czasem robi się tak nieznośny, że zbiegać się, ku**amać, nie da. Jeszcze nigdy bęben nie bolał mnie jednocześnie z przodu i z tyłu (sic!), w dodatku tak mocno, że w dupie mam kto mnie wyprzedza i który będę.

Próbuję oddychać przeponą i wypłaszczyć krok. W międzyczasie jakiś (na oko prawie 2x starszy ode mnie) biegacz, mija mnie jak tyczkę i znika za pierwszym winklem. Meta niby niedaleko, ale cholernie cierpię. W dodatku nie mam pojęcia który jestem, a jakoś tak głupio wyciągnąć teraz telefon i sprawdzać własną pozycję. Spieprzać trzeba i tyle.

Truchtam, wkładając w to maksimum wysiłku. Doświadczam jakiegoś apogeum dyskomfortu na kilku płaszczyznach, bo oczywiście lecę przez Lutynię. A w Lutyni, jak powszechnie wiadomo, leci się asfaltówką bez cienia (nadziei, huehue). Tylko utrzymać ten świński trucht. Jeszcze 3 kilometry, jeszcze 2, jeszcze... uff, już Lądek, dzięki Bogu.

Drugi raz w życiu jestem tak osłabiony na ostatnich kilometrach, że nie mam sił na żadne subsprinterskie wariacje na finiszu. Se truchtam po prostu, ale oklaski działają bardzo przeciwbólowo. Marian z Danielem stają mi niemal na drodze, głośno dopingując, co jest bez wątpienia bardzo miłym doświadczeniem. Na mecie Kokot uświadamia mnie po co się tak styrałem - jestem drugi w M20, czyli mój malutki celik zrealizowany, bo pudło w kategorii miało być.


W tym momencie z cholerną ulgą wracam do strefy komfortu. Już nie muszę biec, gonić, uciekać. Mogę się zatrzymać. Mogę napić się WSZYSTKIEGO. Przestaję cierpieć. Jestem:
1) szczęśliwy, że to już koniec
2) zadowolony, że w swojej kategorii odstawiłem po drodze wszystkich wariatów poza jednym

Chyba ktoś tutaj zajebiście dobrze pomyślał, lokalizując metę zaraz przy dupnym trawniku i fontannie. Ładuję się do niej bez chwili wahania i siedzę tam długo, polewając sobie wodą wszystkie członki. Wszystkie. Jest mega przyjemnie.


Po chwili dołącza do mnie Dominika, która członków ma trochę mniej, ale i tak pokazała jaja, bo bezproblemowo ogarnęła półmaraton (ja w jej wieku nawet nie znałem tego słowa). Przychodzi też do nas Ivo w słynnej we wszechświecie kamizelce finiszera UTMB, od której woda w fontannie zamienia się w piwo, a lądeckie matki chowają swoje córki (Ivo ogarnął pudło w M20, a za rok ogarnie w M30, a wtedy to córki schowają swoje matki). I tak przyjemnie mija czas, w oczekiwaniu na naszego pomarańczowego ultrasa - Pablo CaStanię.


Starym zwyczajem rozbieram się do samych gaci i chłonę lokalne słońce, które teraz nagle przeszło na moją stronę mocy. Po dłuższej chwili nadciąga najsłynniejszy kenijski pacer z Ozimka, a zaraz za nim leci Paweł, kończąc z ulgą swoje trzecie ultra (swoją drogą "ULTRA" brzmi bardzo podobnie do "ULGA", przypadek?). Niedługo później swój pierwszy górski maraton kończy Iza, moja partnerka z Rzeźnika. Można powiedzieć, że znajomi w komplecie dotarli do swoich met, zatem można iść pod prysznic i spożyć jakiś zasłużony cheat meal. A potem drugi. I w sumie też trzeci.

Nie będę marudził, jestem zadowolony z pudła i nieźle cierpiałem, próbując się na nie wdrapać. Ku mojemu zaskoczeniu, odcięło mnie dopiero po 25km, które zresztą przeleciałem całkiem mocno i równo. Końcówka to niby Klasyczny Lądecki Piekarnik, ale wzbogacony na zbiegu jakże ostrym bólem mięśni, generującym jakże ostre reakcje werbalne.


Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich jak zwykle okazał się trafionym pomysłem na letni, górski akcent. Jednak tegoroczna edycja była wyjątkowa. Nawet gdyby członki rozdwoiły mi się od polewania wodą z uzdrowiskowej fontanny, nie starczyłoby mi palców żeby zliczyć znajomych, którzy postanowili wybrać się na DFBG w tym roku. Niesamowita sprawa, co to będzie za rok :)

Wielkie Gratulacje dla wszystkich Biegaczy, a w szczególności dla tych, których znam osobiście. W takim towarzystwie czuję się jak u siebie i nie ma w tym krzty przesadyzmu.Tak chce się spędzać weekend. No i jak zwykle ci niesamowici Wolontariusze! Gdyby Panie w urzędach obsługiwały nas tak szybko jak Oni na punktach... ;)


Za rok raczej na pewno Ultra Trail, a później już chyba pozostanie pójść w konkrety i Siedmiokrotne Szczytowanie (dziesięciominutowa owacja na stojąco narobiła mi smaka!). 

A później, jak już wyjdę ze szpitala, dokończyć 119-centymetrowy model Titanica i zasadzić jakieś drzewo...


PS 
Ciekawostka - ta Panna na pudle koło mnie ma 19 lat i debiutowała w maratonie. Cholernie mocna bestia, jeszcze będzie o niej głośno.

PS2
Specjalne dzięki dla Mariusza, który na mecie podawał mi masowo kubeczki ze wszystkim ("to są właśnie te detale..."). Wolo level expert, choć izo od etixxa jest przepaskudne! Chyba że to nie było izo od etixxa.